Odcinek Drugi
Historia mutantów, czyli z jakiej my frakcji?

niedziela, 29 października 2006 || 16:49:21

Przepraszam wszystkich serdecznie za to, że musieliście tak bardzo długo czekać na drugi odcinek Dzieci Lawendy. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Muszę przyznać, że Wasze komentarze pomogły mi w ułożeniu jego treści. Zapraszam do lektury!

***

Mateusz obudził się w środku nocy. Przez chwilę zastanawiał się co przerwało mu sen, ale zaraz już wiedział. W oknie Pauliny, która mieszkała w domu po drugiej stronie podwórka, widać było języki ognia. "O kurczę!" - pomyślał Mateusz i zerwał się na równe nogi. Podbiegł do okna, otworzył je silnym szarpnięciem i wspiął się na parapet.
- Czas wypróbować moje nadprzyrodzone moce! - Krzyknął i skoczył do przodu, w kierunku balkonu Pauliny. Skupił się jak mógł najmocniej, rozłożył ramiona, poszybował chwilę i z całym impetem runął z wysokości pierwszego piętra na zimny, mokry śnieg.
- Auć... - Szepnął, leżąc z rozłożonymi ramionami i twarzą wbitą w śnieg. "Czyżby to wszystko było tylko snem?" - i w tej chwili z jego ramion wytrysnęły dwa wielkie skrzydła - "Jak widać, jednak nie."
Wstał na jedno kolano, oparł rękę na mieczu, otrzepał spódniczkę ze śniegu i z cichym jękiem zaczął machać skrzydłami. Po chwili wylądował na balkonie Pauliny i wyważył drzwi do jej pokoju. Dziewczyna stała przerażona nad własnym łóżkiem, które płonęło żywym ogniem. Trzymała wiadro wody. Sojrzała w stronę Mateusza.
- Wybacz, że tak długo to trwało - wydusił z siebie chłopak - Miałem kłopoty z opóźnionym zapłonem.
Spojrzał na łóżko i, chyba podświadomie, poczuł, że jego oddech jest przyjemnie chłodny. Dmuchnął więc w stronę ognia, momentalnie go gasząc. Z pościeli pozostały już jednak jedynie zgliszcza, a i samo łóżko nie wydawało się za bardzo zdatne do użytku.
- Powiedzmy... że coś mi się śniło - Paulina spuściła wzrok. Mateusz roześmiał się i podrapał po głowie.
- Z całą pewnością musiałem to być ja.
- Tak, tak, jesteś bardzo śmieszny. Ciekawe, co ja teraz powiem ojcu.
Ale Mateusz już jej nie słyszał. Skupił się bowiem na jakimś szmerze wewnątrz swej głowy. Po chwili szmer zmienił się w niewyraźne słowa.
- Słyszysz? - Zapytał Paulinę. Paulina słyszała.
- Tak. To brzmi jak głos pani Lawendy. Intrygujące...
- Co ona mówi?
- Mówi: "Wzywam... Dzieci Lawendy..." I tak w kółko. Myślisz, że chodzi o nas?
- Kapitalnie! No to się wyspałem przed studiami! Ruszamy do Łodzi.
Pochwycił Paulinę w pasie i wyfrunął przez rozbite drzwi balkonowe.
- Tylko się za bardzo nie rozpalaj!
Wznieśli się dość wysoko i skierowali się ku głównej drodze. Paulina mieszkała bowiem w nieodległym od Łodzi Rzgowie i tu też wynajmowała pokój Mateuszowi. Mogli sobie więc skorzystać, po raz pierwszy w życiu, z radości podniebnych lotów. Mateusz świetnie się bawił, choć nie do końca panował jeszcze nad trójwymiarem przestrzeni i nowymi mięśniami wyrosłymi mu na plecach. Ale za chwilę minęli granice Łodzi, przelecieli nad osiedlem Kurczaki, potem nad Placem Niepodległości, katedrą, niedaleko Galerii Łódzkiej i już lądowali przed wejściem do Lawendowych Pól.
- Niesamowite - rzekł Mateusz, stwiając Paulinę na ziemi - A na pieszo to zajmuje gdzieś ze dwie godziny.
- Dobrze, że już nigdy nie będziesz musiał iść pieszo do Rzgowa...
- Hej, tam na dole!
Oboje zwrócili swe głowy w stronę, z której dobiegał głos. Na dachu budynku stał mężczyzna w czarnym kapeluszu. Poły jego płaszcza porywał wiatr i miotał nimi na wszystkie strony. Postać wyglądała majestatycznie.
- Siema Albin! - Paulina krzyknęła na przyjaciela. Ten pochwycił poły płaszcza i skoczył w dół. Delikatnie opadł na ziemię przed towarzyszami.
- Farciarz - rzucił zdenerwowany Mateusz - Ja nie miałem dziś takiego szczęścia...
- Co nie, że to niezłe jest? Szkoda, że nie mogę się jeszcze w nietoperza zmieniać.
- Tak jak ja w myszkę, co?
Obok nich stała Ania. Nie że przyszła, albo że przybiegła, albo że się pojawiła. Po prostu stała i już.
- No. Zdziwieni? Nawet mnie nie zauważyliście, jak tu docierałam. Fajnie być takim małym zwierzątkiem, co się wszędzie przemknie. Choć, z drugiej strony, niezbyt ciekawie ucieka się przed kotami...
I w tej chwili rozległ się zgrzyt i trzask, i jęk łamanego metalu. Piotrek nadbiegał od strony bramy prowadzącej na ulicę Piotrkowską. Bramy, której teraz w zasadzie nie było.
- Kurczę, chłopaki, czy wy musicie wszystko zepsuć zawsze? - Paulina wykazała zdenerwowanie.
- Pragnę ci przypomnieć - zripostował Mateusz - że to ty spaliłaś łóżko.
- Próbowałem go przenieść górą - odezwał się nowy głos - ale był za ciężki. No to postanowiliśmy zniszczyć bramę.
Jacek zeskoczył po parapetach okien na biały śnieg. Przez chwilę siedział skulony, potem się wyprostował, a jego ogon zniknął. Ania złapała się za głowę z rezygnacją.
I wtedy drzwi do Lawendowych Pól stanęły otworem. Nikogo w nich nie było, więc przyjaciele pokolei z niepokojem weszli do środka.
- Ochroniaż... - Ania spojrzała na Piotra - Zmień się, proszę, bo się nie zmieścisz.
- A tak, tak, jasne.
W pomieszczeniu było ciemno. Jedyne światło sączyło się od strony zaplecza, z tajengo pokoju Lawendy. Poszli więc w tamtą stronę. Lawenda siedziała w jednym z foteli i piła kawkę.
- Witajcie. Usiądźcie. Napijecie się czegoś na koszt firmy?
- Chętnie, jakie dziś mamy winka...?
- Zamknij się, Albin! Nie, podziękujemy - Mateusz wyglądał na niezadowolonego - Po co nas pani wezwała w środku nocy?
- No, dziś mogę polecić takie węgierskie, półsłodkie...
- A z czerwonych?
- Grrrr... - Mateusz wciąż wyglądał na niezadowolonego.
- A ja wezmę piwo z sokiem - rzucił Piotr.
- Dla mnie to, co dla Albina - Jacek cieszył się, że przemiana w mutanta uleczyła jego bolące nerki.
- Poproszę czekoladę - Mateusz nie przestał wyglądać na niezadowolonego.
Po chwili napoje były gotowe i Lawenda ponownie rozsiadła się w fotelu. Pociągnęła łyczka z filiżanki.
- Wezwałam was tu by opowiedzieć wam skąd wzięli się mutanci i jakie są nasze cele.
- To nie mogła pani, nie wiem, załatwić tego w dzień?
- Mówmy sobie na ty, Archangellus, będzie dużo wygodniej. Nie, nie mogłam, bo w dzień macie zajęcia na polonistyce.
- Jasne...
- Wróćmy do tematu. Historia mutantów rozpoczyna się nie bardzo dawno. Przynajmniej współczesna historia współczesnych mutantów. Nie mówię o mutantach egipskich czy Atlantach.
- Dobrze, dobrze. Do rzeczy.
- Pij swoją czekoladę i nie przerywaj - Paulina sprawiała wrażenie zainteresowanej. W przeciwieństwie do Mateusza, który wciąż sprawiał wrażenie niezadowolonego.
- Do rzeczy więc. Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, Stany Zjednoczone. Statek kosmiczny z nieznanej cywilizacji ląduje na pustyni w stanie Nevada. Opuszczają go dwie istoty. Nikt nie wie jak wyglądają w rzeczywistości, natychmiast przyjmują wygląd ludzi. Jedna z nich to rudowłosa kobieta, drugi to mężczyzna - brunet. Nie mają ze sobą nic prócz małej buteleczki złotego proszku. Takiego samego proszku, jak ten, którego dosypałam wam do napojów.
Mateusz skrzywił się i chciał coś powiedzieć, ale otrzymał kuksańca od Pauliny i od Ani jednocześnie. Lawenda kontynuowała:
- Przybysze udają się do pobliskiego miasteczka, które szefostwo, zwane przez nich Górą, wybrało jako początek ekspansji. Mężczyzna i kobieta, noszący imiona Grey Dog i Biotoxic, ogłaszają się jako para wędrownych magów i zostają zaproszeni na pokaz do miejscowej szkoły podstawowej. Tam pokazują się z najlepszej strony, ona strzela trucizną na lewo i prawo, on zmienia się w psa i biega między uczniami. Potem toczą ze sobą przykładowy mutancki pojedynek. Kończą pokaz i odchodzą na zaplecze. Za moment wędruje tam czwórka młodych uczniów i pani nauczycielka, bardzo zainteresowani pokazem i ciekawi, jak się robi takie sztuczki.
- Dlaczego tylko pięć osób na całą szkołę? - Zapytał zdziwiony Jacek - Przecież takie rzeczy nie mogą być tylko iluzją?
- Wyobraź sobie, że nasi bohaterowie zdziwili się, że tych osób przyszło AŻ pięć. Później się dowiesz dlaczego. Tak czy inaczej Grey Dog i Biotoxic zaczęli z owymi pięcioma osobami rozmawiać inaczej. Postanowili wytłumaczyć im, że są przybyszami z innej planety i posiadają umiejętności do których żaden człowiek nie jest zdolny, chyba że je otrzyma. I że oni mogą im je dać, jeśli zechcą. Umówili się, że jeśli mają ochotę posiadać takie umiejętności jak oni, to spotkają się dwa dni później na górze oddalonej od miasteczka o parę kilometrów. Tam też czekali. Na spotkanie przyszło nie pięć, a sześć osób, jeden z chłopców przyprowadził bowiem siostrę. Kosmici bardzo ucieszyli się, że misja idzie tak gładko. Przygotowali w butelce lemoniadę ze szczyptą złotego proszku i dali każdemu kolejno do wypicia. Tak powstała pierwsza kolonia mutantów. Na początku było ich ośmioro, potem dość szybko ilość członków zaczęła się powiększać. Aż wreszcie doszło do tego, co można nazwać przełomem.
Sytuacja wyglądała tak: Grey Dog i Biotoxic dostali od Góry rozkazy, że Ziemia przestała im już być potrzebna i że mogą zakończyć misję. Ci jednak poprosili o możliwość pozostania i kontynuowania prac, i otrzymali zgodę. Mogli więc pracować dalej na własną rękę. Niestety, nie doszło między nimi do porozumienia. Grey Dog pragnął bowiem powiększać sukcesywnie grono mutantów by walczyć ze złem, z przestępczością, z wojnami. Biotoxic natomiast zapragnęła całkowitego panowania nad światem. Różnica poglądów sprawiła, że ich drogi rozeszły się. Również między mutantami doszło do podziału. Jedni zaczęli stanowić tzw. Złote Skrzydło, czyli pomagali Grey Dogowi, drudzy opowiedzieli się za Biotoxic i nazwali siebie Dalszą Strefą. Gdyby tego było mało, powstał również trzeci odłam. Jego przewodniczącą była owa nauczycielka, jedna z pierwszej szóstki, zwana dziś Peace, która nie chciała walki ani ku dobru, ani ku panowaniu. Pragnęła szerzyć całkowity pokój i radość. Pełne wyciszenie. Część osób poszło w jej ślady i nazwali się Wewnętną Niesprzecznością.
- Ciekawa nazwa... - Skonstatował Piotr.
- Trzeba przyznać - Potwierdził Jacek.
- Mijał czas, mutantów było coraz więcej, dwa przeciwległe skrzydła zwalczały się nawzajem, trzecie nie wtrącało się do ich walki, ale proszku szybko zaczęło brakować. To okazało się być problemem, zwłaszcza gdy Góra odmówiła proszącym osobno Grey Dogowi i Biotoxic dostarczenia zapasów proszku. Trzeba było znaleźć sposób. Tym sposobem było odkrycie proszku znajdującego się w niemal czystej postaci w skałach księżyca. Grey Dog wpłynął więc sugestywnie na władze amerykańskie, by w 1969 roku wysłali na księżyc ekspedycję załogową. Oczywiście człowiek, którego znacie jako Neil Armstrong, był naówczas jednym z mutantów Złotego Skrzydła i w tych szeregach zwano go po prostu Astronomem...
- Sranie w banie na tapczanie - Mateusz nerwowo poruszył się w fotelu. Nie uniknął ciosu ze strony dziewczyn.
- Neil poleciał na księżyc, zebrał potrzebne skały i przyleciał na ziemię. Dzięki niemu Złote Skrzydło uzyskało dostęp do ogromnych pokładów proszku, którym jednak nie chcieli się z nikim dzielić.
- Więc pozostałe dwie frakcje wyginęły? - Ania rzuciła podniecona.
- Nie koniecznie, moja Myszko, nie koniecznie. Peace i jej Wewnętrzne Wyciszenie wykorzystali inny sposób na powiększenie zasobów proszku. Jeden z niegdysiejszych uczniów Peace, a znajdujący się aktualnie w jej szeregach, był bardzo dobrym chemikiem. Po przemianie dostał imię Alchemist, czyli po polsku Alchemik po prostu. On to wziął resztki proszku do swego labolatorium i badał je tak długo, aż odkrył dokładny jego skład chemiczny. Okazało się, że wszystkie składniki dostępne są na Ziemi, tylko należy dużo czasu poświęcić by je odnaleźć. Cała frakcja rozpierzchła się w celu zdobycia owych, a Alchemik zajął się produkcją. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Po wyprodukowaniu pierwszej próbki można było rozprzestrzeniać mutantyzm po całym świecie, podczas szukania składników! Oczywiście gdy Złote Skrzydło zauważyło tą działalność, również wyruszyło w świat by rozprzestrzeniać swój proszek i swoją filozofię.
- Świetnie. A co w takim razie z Dalszą Strefą?
- Oni nie mieli większego problemu. Kiedy zarówno Złote Skrzydło jak i Wewnętrzne Wyciszenie posiadało spore ilości proszku, wystarczyło im go...
- ...ukraść! - Zgadł Albin.
- Bingo! W ten sposób wszystkie trzy frakcje rozprzestrzeniały się po świecie z wielką prędkością. Kiedy Grey Dog i Biotoxic zauważyli co się dzieje, zrozumieli, iż popełnili błąd. Ale było za późno na naprawienie go. Kupili sobie więc dom na uboczu i tam zamieszkali, pogodzeni porażką własnych ideałów. Bo oto zamiast walczyć o dobro, Złote Skrzydło walczyło o zwycięstwo z Dalszą Strefą. A Dalsza Strefa skupiła się na pokonywaniu Złotego Skrzydła, zamiast panować nad światem. Dziś Grey Dog i Biotoxic nazywają się James i Jay Furtherwing i z żalem obserwują rozrastającą się liczbę mutantów. Służą jednak radą i pomocą każdemu mutantowi, który się u nich pojawi, bez względu na frakcję, z której się wywodzi. A mutanci? Wciąż rosną w siłę. Obecnie w niektórych miejscach świata stanowią czwartą część społeczeństwa. W Polsce istnieją od niedawna, ale z pewnością nie rzadko można spotkać któregoś z nich na ulicy. Także w akcji.
- Chwilkę, chwilkę, wszystko ładnie i pięknie, tylko skoro jest ich tak pełno i można ich spotkać "także w akcji", to czemu jeszcze ich nie spotkaliśmy?
Pytanie Mateusza trafiło we wszystkich jak grom. Jego sceptycyzm sprawiał, że nagle każdy z nich zaczynał wątpić w to, czy oni w ogóle są tymi mutantami.
- Niech się nie trwoży serce twoje, Archaniele. Spotkaliście. Codzień ich spotykacie. Ciekawe, bo na przykład zdarzyło się to również i tutaj, w tej kawiarni. Tylko nie pamiętacie o tym. Nie pamiętacie, że coś takiego się wam przydarzyło. Gdy tylko mutant zmienia się w zwykłego człowieka lub znika z pola widzenia, wasze myśli się niwelują i dostosowywują tak, że nie macie pojęcia o jakiejkolwiek akcji z wykorzystaniem mutantów, która przed chwilą miała miejsce. Ciekawe zjawisko. I właśnie dlatego tylko pięć osób poszło wtedy, w tej szkole w Nevadzie, na zaplecze, i właśnie dlatego było to AŻ pięć osób. Bo pozostałe po prostu nie miały pojęcia co się wydarzyło. A tamte pięć? Powiedzmy, że były bardzo podatne na mutacje. Zdarzają się takie osoby, ale niezwykle rzadko. Pięć w jednym miejscu... Góra wiedziała, gdzie zsyłać misję. Acha, jeszcze jedno. Teraz wszystko się zmieni. Od dziś nie będziecie zapominać o przeżytych akcjach z udziałem mutantów. Od dziś będziecie również zauważać coś nietypowego w różnych mijających was osobach. To będą mutanci. I uważajcie. Oni również szybko zaczną was rozpoznawać...
- Przepraszam cię, Lawendo, ja mam jeszcze pytanko - Ania odezwała się nieśmiało - Do jakiej frakcji my należymy?
- Do Złotego Skrzydła rzecz jasna!
- Uff... - Odetchnął Piotr - Czyli jesteśmy tymi dobrymi.
- Można tak powiedzieć, właściwie.
- Świetnie! Czy teraz mogę już iść... lecieć do domu, by się przespać przed zajęciami trochę? - Mateusz wyglądał tym razem na pełnego nadziei.
- Nie.
- Co?
- Nie. Wezwałam was tu bowiem jeszcze z jednego powodu. Wczoraj gdy wyszliście, mieliśmy włamanie. Mutantka z Dalszej Strefy weszła tu i ukradła nam nasze zapasy złotego proszku. Mam przypuszczenia co do tożsamości tej osoby. Prawdopodobnie znacie ją jako waszą nauczycielkę od literatury staropolskiej...
- Shit - Paulina przeklęła pod nosem.
- Tak więc przed wami wasza pierwsza misja. Musicie udać się do budynku uniwersytetu i odebrać jej nasz proszek nim zrobi z niego użytek. Czas na was! Rozpocznijcie swoją pierwszą misję.
- Shit... - Mateusz też przeklął. Ania podskoczyła w podnieceniu i znów zmieniła się w myszkę.

***

To koniec drugiego odcinka. W zasadzie miał obejmować również pierwszą walkę, ale historia mutantów zajęła mi zbyt dużo czasu i miejsca. Czekajcie więc wkrótce na kolejny odcinek (mam nadzieję, że tym razem uda mi się szybciej do tego sięgnąć...).


komentarze [5]


Odcinek Pierwszy
Urodziny, czyli jak to się wszystko zaczęło

środa, 19 kwietnia 2006 || 13:25:12

Witam Was serdecznie na moim nowym blogu! Będzie to strona poświęcona wymyślonemu przez mnie opowiadaniu o szóstce superbohaterów - mutantów. I choć zdarzenia tu opisane nie miały miejsca w rzeczywistości, to bohaterowie, jak najbardziej, są prawdziwi. Zapraszam do lektury pierwszego odcinka!

***


Urodziny Albina przypadały we czwartek, ale ponieważ zjazd studentów zaocznej polonistyki odbywał się w sobotę, paczka postanowiła wykorzystać ten właśnie dzień by je uczcić. Gdy tylko w grafiku zaświtała wolna godzinka, wspólnie udali się do ulubionej kawiarni - Lawendowych Pól. Piotrek skręcił po drodze by wydobyć pieniądze z bankomatu, ale obiecał, że za chwilę dołączy. A od uczelni do Lawendowych nie było daleko. Już chwilę po opuszczeniu Uniwersytetu Albin otwierał drzwi, jako prawdziwy dżentelmen puszczając przodem dziewczyny. Te w paczce stanowiły mniejszość - wysoka, farbowana na rudo Paulina o iście ognistym temperamencie, oraz niziutka blondynka Ania. Albin chciał wkroczyć tuż za nimi, ale pozostali chłopcy przepchnęli go, śmiejąc się głośno.
- Taki z ciebie dżentelmen, Albinku? - Prychnął Jacek, klepiąc kolegę po ramieniu. Za Jackiem wtargnął Mateusz. Zdjął śmieszną, mikołajkową czapkę i przygładził sterczące na wszystkie strony blond włosy. Ściągnął okulary, które zaparowały pod wpływem różnicy temperatur.
- Dzień dobry - przywitał jak zwykle uśmiechniętą właścicielkę Lawendowych Pól, gdy Albin wreszcie mógł znaleźć się w środku. Z całej paczki solenizant przedstawiał najbardziej oryginalny wygląd. Stylowo ubrany w czarny płaszcz, spodnie w kancik i czarną koszulę, pod kapeluszem skrywał burzę ciemnych włosów afro. Przy boku nosił parasol. Teraz zawiesił płaszcz na wieszaku i usiadł przy stole, przy którym pozostali wariowali już w najlepsze. Po chwili podeszła do nich właścicielka kawiarni i podała menu.
- Hmm... Może by tak winko jakieś? - Albin wertował kartę win.
- To całkiem niezły pomysł - Ania przytaknęła, spoglądając na Paulinę, która skinęła głową.
- Ja dziękuję - Jacek trochę się skrzywił - coś mi ostatnio nerki szwankują. A wystarczy, że łyknę jakiegoś alkoholu i zwijam się z bólu.
- Ho ho, to nieźle - Mateusz wybuchł swym typowym, rubasznym śmiechem, spoglądając na najprzystojniejszego chłopaka z paczki - Ja nie mam takich problemów, odkąd nie piję w ogóle.
Mateusz był abstynentem. Właściwie było to związane z tym, że rok spędził w seminarium. Na zaocznej polonistyce znalazł się dlatego, że z poprzedniej uczelni został dyscyplinarnie usunięty.
- Proszę księdza - Ania uwielbiała tak się do niego zwracać - może się ksiądz jednak skusi?
- Nie, dzięki, tyle już nie piję... Chyba bym zgrzeszył, gdybym miał się teraz napić. Wezmę capucino - wyjął drobniaki z kieszeni i przeliczył je naprędce - jeśli ktoś pożyczy mi 50 groszy...
- Jasne, stary - Albin wydobył z portfela monetę i dał koledze.
- A dla mnie colę - Jacek z tęsknotą zerknął jeszcze w stronę karty win.
- Czy można już zebrać zamówienia? - Gospodyni ukradkiem zbliżyła się do grupy przyjaciół, zerkając na nich z zainteresowaniem.
- Chyba poczekamy na Ochroniarza - Paulina odpowiedziała, gdy drzwi kawiarni właśnie stanęły otworem - O, już jest.
Piotrek stał w progu, zacierając zziębnięte dłonie. Swoją ksywę zawdzięczał temu, że z całej paczki był największy i najlepiej zbudowany, a pracował rzeczywiście jako ochroniarz. Teraz przystawił sobie krzesło do stolika przy którym siedzieli jego przyjaciele. Wytarł okulary w koszulę.
- Składamy właśnie zamówienie. Co dla ciebie?
- Wezmę piwo z sokiem - Założył okulary na nos. Albin wypytał uprzejmie panią gospodynię jakie wino dziś poleca (jak zawsze przytakując głową, jakby wiedział o czym mowa), a po chwili wszyscy powtórzyli swe zamówienia i właścicielka wycofała się, rzucając im pełne podniecenia spojrzenie. Przyjaciele nie zwrócili na to jednak uwagi. Później okazało się, że był to błąd.
Gospodyni bowiem udała się na zaplecze. Nie byłoby w tym nic dziwnego (musiała gdzieś przygotować zamówione napoje), gdyby nie w kółko szeptane słowa "Tak, oni są najlepsi. Wreszcie ktoś odpowiedni" i tajemnicza fiolka z bardzo sypkim, złotym proszkiem, którą wyjęła z kuchennej szafki. Gdy wino znajdowało się już w lampkach, piwo i cola w szklankach, a kawa w filiżance, sekundę później w tych samych naczyniach wylądowała szczypta owego proszku. Dzika radość rozpromieniła oblicze gospodyni, z jej czoła spłynęło kilka kropel potu. Wzięła w roztrzęsione dłonie tacę z napojami i ruszyła mężnym krokiem w stronę stolika paczki. Postawiła szybko tacę i natychmiast uciekła z powrotem. Rzuciła tylko przez ramię "smacznego".
- Czy nie sądzicie, że dzieje się z nią coś nietypowego? - Ania uniosła lampkę wina do ust i zanurzyła w nim wargi.
- Nie przejmuj się. Pewnie ma trudne dni - Jacek usiłował żartować. Pociągnął coli przez rurkę. Albin posmakował swego wina.
- Dziwny ma dziś posmak... Coś jak...
- Och, daj spokój! Tak jakbyś w ogóle naprawdę rozpoznawał smak wina - Mateusz wsypał cukier do capucino. Znad filiżanki uniosła się chmurka złotego dymu. Teraz wszyscy spojrzeli w tamtą stronę.
- A nie mówiłam! - Ania zerwała się na nogi - Coś tu jest dziś nie tak! Nasza gospodyni nigdy nie wyglądała na tak zdenerwowaną i podnieconą!
Mateusz jako jedyny nie przejmował się sytuacją. Uniósł posłodzoną kawę do ust.
- Przesadzacie. Ta kawa po prostu jest niesamowicie niesamowita, dlatego uniosła się nad nią złota chmurka.
Pozostali nie byli jednak aż tak beztroscy. Patrzyli ze zgrozą na swoje szklanki i kieliszki, jakby nie mieli już więcej się z nich napić. Problem był w tym, że każde z nich już zdążyło to zrobić. Mateusz to zauważył.
- Co się wygłupiacie? Nawet jeśli dodała nam do picia trucizny, to i tak za późno by się wycofywać. Już krąży w naszych ciałach. Wznoszę toast za naszego przyjaciela Albina!
Wstał i wypił pół kawy za jednym łykiem. Albin i Jacek podjęli toast, lecz pozostali nie dali się skusić i odstawili napoje. Ale to i tak nie miało znaczenia.
Pierwszy dziwnie poczuł się Jacek. Najpierw zaczęło mu gwałtownie burczeć w brzuchu. Potem odczuł ucisk w obu stopach. A wreszcie, niespodziewanie jak grom z jasnego nieba, uderzył go potworny ból w okolicach krzyża. Ból tak silny, że zapomniał zupełnie o swych chorych nerkach.
- Ojej! - Jęknął - Mój tyłek!
- Co z nim? - Zapytała Ania, najbardziej przerażona ze wszystkich.
- Boli... Bardzo boli!
- Hehe, nie musisz nam mówić dlaczego - Mateusz parsknął śmiechem, ale za sekundę mina mu zrzedła. Oto bowiem i on zaczął coś czuć. Najpierw mrowienie w okolicy łopatek. Potem tak jakby spodnie zaczęły się zacieśniać na jego nogach. A potem łopatki rozpromieniały takim ostrym bólem, jakiego jeszcze nigdy nie czuł.
- Aaaa! - Wydusił z siebie, niemal jednocześnie z Piotrem, któremu podobny ból przeszył całe ciało, od końców palców po czubek głowy. Ludzie siedzący przy pozostałych stolikach patrzyli na nich bardzo zdziwieni. To samo zresztą robiły Ania i Paulina. Paulina dodatkowo poczuła, że zrobiło się strasznie gorąco ("Pewnie jestem pod wrażeniem sytuacji" - pomyślała, gdy krople potu zaczęły spływać po jej twarzy). I, gdy Albin złapał się za usta by zablokować narastający ból górnych zębów, w pomieszczeniu ponownie pojawiła się właścicielka Lawendowych Pól.
- Chodźcie za mną, natychmiast!
Przyjaciele spojrzeli na nią i już wiedzieli, że maczała palce w ich nietypowym samopoczuciu. Trzęsąc się z bólu podnieśli się z siedzeń i podreptali za kobietą. Ania właśnie zaczynała odczuwać dyskomfort w okolicy żołądka.
Gospodyni zaprowadziła ich na zaplecze, a tam otworzyła małe drzwiczki i zaprosiła ich gestem do środka. Jacek, trzymając ręce na pośladkach, spojrzał na nią z nadzieją, że mu pomoże. Ta jednak tylko uśmiechała się, trochę podniecona, a trochę jakby złośliwa. Za drzwiami znajdowały się schody prowadzące do jakiegoś pomieszczenia na górze. Stały tam fotele i mały stolik. Wszyscy znaleźli się już wewnątrz i wtedy gospodyni przywitała ich serdecznie:
- Witam was w mojej tajnej skrytce. Tu dowiecie się całej prawdy o mnie, o tym lokalu, o was samych również.
Zatarła dłonie. Ania, zdenerwowana, rzuciła w jej stronę:
- Co nam pani dodała do napojów? Dlaczego moi przyjaciele tak przez to cierpią?
Rozejrzała się wokół. Mateusz rzucał się na boki, jakby próbował zrzucić z pleców jakiś niewidzialny ciężar. Jacek trzymał się za pośladki i skulony przy podłodze cicho jęczał. Piotr ledwo oddychał, właściwie już z wejściem na górę miał ogromne problemy, a teraz po prostu stał w bezruchu. Paulina pociła się niemiłosiernie i stała się cała czerwona. Natomiast Albin płakał niemal, usiłując wgryźć się we własny palec tak, by ulżyć bólowi zębów. Ania skoczyła w stronę gospodyni i wtedy właśnie sama poczuła ból całego ciała. Ból który skręcał ją niemal, tak że nie mogła oddychać, nie mogła mówić. Usiadła na fotelu, a pot wystąpił na jej czoło.
Właścicielka lokalu wiedziała dobrze, że teraz żadne z nich nie będzie próbowało z nią rozmawiać, za to wszyscy ją świetnie słyszą. Postanowiła więc wreszcie opowiedzieć wszystko.
- Przedstawię się wam jako Lawenda. Moje prawdziwe imię i nazwisko nie musi wam być znane. Jestem mutantką - Tu przerwała na chwilę, by sprawdzić reakcję zebranych. Wszyscy trzęśli się w agonii, tylko Paulina stała, rozpalona do czerwoności. "Zaraz spłonę. Zaraz spłonę" - szeptały jej rozognione wargi.
- Jestem mutantką - kontynuowała swą opowieść kobieta - jak wiele innych osób na świecie. Kiedyś, dawno temu, ktoś dosypał mi do kawy proszku. Tego samego proszku, który ja dosypałam wam. Ale to było dawno. Potem rozwijałam się. Zdobywałam nowe umiejętności. Aż wreszcie uznano, że dorosłam jako mutantka. I że najwyższy już czas, bym założyła nową, własną kolonię. Kazano mi znaleźć sobie sześcioro uczniów. Wybór padł na was…
Przerwała. Uśmiechnęła się do członków paczki. Właśnie miały się zacząć dziać najdziwniejsze rzeczy. Nadchodził punkt kulminacyjny.
Pierwsza była Paulina. Gdy tylko poczuła, że temperatura jej ciała osiągnęła już taką wysokość, iż nie da się tego przeżyć, a zawartość jej żołądka i krew w jej żyłach zaczęły się gotować, jej rude włosy zajęły się płomieniem. Próbowała je ugasić, ale już za chwilę płonęły także jej dłonie. A potem całe ubranie stanęło w ogniu. Wydała z siebie krzyk przerażenia. Ale po chwili umilkła. Czuła, że jej ciało przyzwyczaiło się do temperatury. Że nawet zaczyna być jej chłodno. I że ubranie, choć płonie na niej, wciąż pozostaje nienaruszone. I choć nawet jej twarz biła czystym ogniem, zdziwienie wzięło górę nad przerażeniem.
Ale zanim jeszcze zapłonęła w całości, zaczął się zmieniać Mateusz. Najpierw spodnie, które wcześniej się kurczyły, zniknęły całkowicie, a na jego biodrach zwisała krótka, srebrna spódnica. Potem, poniżej całkiem nagich nóg, buty zmieniły się w skórzane sandały. Następnie koszula przekształciła się w kolczugę mieniącą się setkami barw, a pod nią leżała śnieżnobiała bluzka. Przy boku zawisł miecz, który nie wiadomo skąd się wziął. Ale właśnie wtedy ból w okolicy łopatek osiągnął maksymalne natężenie. Na sekundę zelżał, jakby się nad czymś zastanawiał, a potem z obu ramion wytrysnęły wielkie, białe skrzydła o ogromnych piórach.
Jednak jeszcze przed tym momentem coś ruszyło się w Jacku. Pierwszą rzeczą jaką poczuł było to, że nie może się wyprostować i chyba pozycja którą przyjął musi mu już służyć przez całe życie. Potem nagle zrozumiał, że wcale mu to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, całkiem przyjemnie się kuca, opierając się dłońmi o podłogę. Drugą rzeczą były stopy. Właściwie buty, które zniknęły jakby, pozostawiając owe stopy nagie. Stopy te zresztą już po chwili przestały przypominać stopy, a zaczęły wyglądać jak dłonie, z chwytnym kciukiem, tylko nieco większe. I wreszcie trzecią rzeczą okazał się być bolący krzyż. Bo oto w jednej sekundzie z tamtego miejsca wydobył się długi, brązowy, małpi ogon.
Zmiany dotyczące Albina były bez wątpienia najmniej widoczne. Gdy tylko górne kły wysunęły się z dziąseł jak rozkładany nóż, wbijając się w jego palec i powodując dwie głębokie, broczące krwią rany, ból szczęki ustał. Wydłużyły się także jego paznokcie. I właściwie to wszystko co zdarzyło się z ciałem Albina. Ale zmianie uległy również części jego garderoby. Rondo kapelusza stało się ostre jak brzytwa. Parasol przekształcił się w długi pistolet, a po rozłożeniu mógł służyć również jak dobra tarcza. Płaszcz wreszcie uzyskał coś w rodzaju uchwytów, w które wprowadziwszy ręce, można było unosić się w powietrzu, jak latawiec niesiony wiatrem. A znajdująca się w kieszeni piersiówka, którą dostał od przyjaciół na urodziny, wypełniła się dziwną, lepką cieczą.
Ale jeszcze nim się to stało, Piotr również zaczął się przekształcać. Po kolei, poczynając od stóp, jego ciało rosło wybuchami do nienaturalnych rozmiarów. Wraz ze stopami powiększyły się buty, z nogami spodnie, z brzuchem i klatką piersiową – koszula. Nawet głowa jakby napęczniała, nabrała mięśni, urosła. Po kilku sekundach Ochroniarz górował nad wszystkimi towarzyszami, wyższy nawet od Albina o dwie głowy. A wszystko z czego się składał w tej chwili było mięśniami. Stanowił właściwie jedną wielką górę mięśni. Przypominał nieco najsilniejszego ze strongmanów, z tym, że jeszcze nieco bardziej. Właściwie z całego ciała jedynie pośladki nie zmieniły swych rozmiarów. Ale niedługo i one miały się przetransformować.
„Trrryt!” – materiał dżinsów rozerwał się na tyłku. Mateusz, Albin i Jacek, wszyscy trzej już po transformacji zakończonej kilka sekund wcześniej, parsknęli śmiechem.
- Chyba spodnie ci nie nadążyły za twym potężnym cielskiem! – Zawołał Jacek, ale zaraz spojrzał w stronę Ani. Wciąż trzęsła się w agonii na fotelu, właściwie nie wydając żadnego dźwięku, z trudem w ogóle oddychając. Palce wpiła w poręcze fotela, z jej oczu płynęły łzy. Lawenda również zerknęła na nią, nieco zaniepokojona, ale zaraz zwróciła się do pozostałych przyjaciół.
- Skoro wasza transformacja już się dokonała, trzeba wam nadać jakieś imiona. Dopiero w tej chwili, gdy posiadacie konkretne cechy, można to zrobić. Ty – wskazała na Paulinę, to patrzącą na swoje płonące palce, to na cierpiącą w boleściach Anię – będziesz się nazywała Flara. Ty – tu rzuciła wzrokiem na Jacka – dostaniesz imię Apeman.
- Co się dzieje z naszą przyjaciółką? – Krzyknął Jacek.
- Oj, nie przejmujcie się – odrzekła właścicielka kawiarni, choć sama nie wyglądała na spokojną gdy patrzyła na Anię – przejdzie jej. Tobie nadamy imię Archangellus, a tobie Nosferatu – zwróciła się kolejno do Mateusza i Albina – A ty możesz zostać Ochroniarzem, tak jak nazywali cię przyjaciele.
- Masz nam natychmiast powiedzieć co będzie z Anią! – Rzucił w jej stronę Piotrek. Teraz dopiero Lawenda ukazała, że sama jest bardzo zdenerwowana.
- W sumie to nie wiem do końca… Nigdy nie udowodniono, że ten proszek nie może zabić. Nie słyszałam o podobnych przypadkach, ale to nie oznacza… Wasza przyjaciółka jest bardzo niska i słaba, może nie jest w stanie przeżyć takich zmian.
- O czym ty mówisz? Jak to „nie przeżyć”? – Mateusz wydawał się denerwować coraz bardziej. Zaraz zresztą, po raz pierwszy w życiu, dobył miecza i rzucił się na gospodynię. Przeszył jej bok ostrzem, ale fragment jej ciała, przez który przechodził miecz, stawał się fioletową mgiełką, a po chwili znów zasklepiał się w ciało.
- Ha ha ha! – Roześmiała się Lawenda – Nie powiedziałam wam jeszcze, że wasze mutacje nie są nieodwracalne. Teraz jesteście zmutowani, ale za chwilę możecie znów wyglądać jak ludzie. Wystarczy, że o tym postanowicie.
- Co nas to obchodzi, podła babo!? – Paulina wyciągnęła w jej stronę dłoń, z której wystrzeliła struga ognia. Trafiła dokładnie w środek głowy, która rozpłynęła się w powietrzu, by po chwili wrócić na swoje miejsce.
- Nie przesadzaj, moje dziecko, bo naprawdę możesz zrobić komuś krzywdę.
Ale w tym momencie Piotr podbiegł do Lawendy tak szybko, że cała podłoga się zatrzęsła, i uniósł ją ku górze, by cisnąć nią o ziemię. Gdy już miał to zrobić, nagle zamiast jej ciała uniosła się nad głową chłopca fioletowa mgła. Zaczęła się kłębić, wydając z siebie przejmujący, lawendowy zapach. A potem, w jednej sekundzie, mgła spłynęła na dół i wskoczyła do ciała Ochroniarza przez nos. Piotrek zaczął się krztusić. Pozostali wydali z siebie jęk przerażenia. Z wnętrza chłopca dobył się głos:
- Jeszcze nie znaliście moich właściwości. Nazywam się Lawenda i potrafię się zmieniać w zapach. Wydaje się wam, że to niewiele? Otóż wyobraźcie sobie, że w tej chwili mogę po prostu rozsadzić waszego kolegę od środka!
Sytuacja wydawała się beznadziejna. Piotrek stał na baczność, szepcząc coś nerwowo. Pozostali czekali, w pozycjach gotowych do walki. I wtedy właśnie zdarzyło się to.
Ania przestała się trząść na fotelu. Na chwilę skamieniała, jej wielkie, wpatrzone w jakiś punkt oczy, zaszły łzami. Wydała z siebie cichutkie, piskliwe „ojejku!” i… zmieniła się w małą, białą myszkę.

***


Oto koniec pierwszego odcinka opowiadania. Zapraszam do komentowania. Stawiam również przed Wami zadanie - w kolejnym odcinku nasi bohaterowie powinni spotkać swego pierwszego wroga. Ale na obecną chwilę nie mam jeszcze pomysłu kim mógłby on być, czym się charakteryzować, skąd pochodzić. Zostawiajcie swe propozycje w komentarzach. Dziękuję!


komentarze [6]


 


Dodaj do ulubionych
O mnie
Księga gości

2006
kwiecień (1)
październik (1)





Layout by Makota i b4rtxxx